środa, 11 lutego 2015
1. "Opowieść o narkomance".
Szła ciemną, leśną drogą. Znała już ją na pamięć. Było cicho. Przerażająco cicho. Słyszała tylko swoje kroki.
Mgła zaczynała robić się coraz gęstsza. Po chwili nie widziała już prawie nic. Jednak znajome światło utwierdziło ją w przekonaniu że jest tam, gdzie być powinna.
Weszła do drewnianej, małej chatki. Pleśń ciągnęła się przy suficie, a w środku niemiłosiernie śmierdziało. Na zniszczonej, podziurawionej przez myszy kanapie siedział on,
Usiadła obok biorąc jego papierosa, którego właśnie palił i zaciągnęła się dymem. Zawsze tak robiła.
- To co zwykle?
- Oczywiście. - odpowiedziała. Podała mu banknot i po chwili trzymała już w dłoni woreczek z upragnioną zawartością. Wyrzuciła zgaszony niedopałek i nic więcej nie mówiąc wyszła...
Na dworze zaczynało padać. Narzuciła na głowę kaptur długiego, czarnego płaszcza mimo iż korony drzew chroniły ją przed kroplami wody. Po jakimś czasie wyszła na ruchliwą ulicę. Skierowała się w stronę swojego domu. Nie chciała tam wracać. Wiedziała, że czeka ją kolejna kłótnia z matką i widok pijanego ojca. Mogła już z nimi nie mieszkać. Od dwóch miesięcy była pełnoletnia. Marzyła o wyprowadzce, jednak matka nie chciała nawet o tym słyszeć. Wiedziała, że jest narkomanką. Że prochy są dla niej życiem. Bała się o nią... Chodziła do szkoły, ale tylko po to żeby ją ukończyć. Ćpała na przerwach, w toaletach...
Patrzyła w kałuże tworzące się na brudnych chodnikach. Widziała w nich swoje odbicie. Zniszczona, wychudzona twarz, długie, czarne włosy, przekrwione oczy...
Mijało ją mnóstwo ludzi. Mnóstwo roześmianych ludzi. Czy wśród nich był ktoś przygnębiony? Ktoś smutny i cierpiący? Nie widziała nikogo takiego. Oprócz siebie.
To był marcowy, piątkowy wieczór. Mimo ulewy i tak wiele osób wyszło z domu. Pewnie wybierali się na imprezę, do znajomych, a może po prostu robili zakupy. Złoty blask bijący z witryn sklepowych stawał się dla niej nie do zniesienia. Było tu zbyt jasno. Zbyt głośno. Pragnęła zamknąć się w ciemnościach, w swoim pokoju. Wciągnąć kreskę. Schować się bezpiecznie pod kołdrą i nie wychodzić.
Odetchnęła z ulgą gdy znalazła się na obskurnym blokowisku. Było tu brzydko i brudno ale jej to odpowiadało. Spojrzała w górę, na migocącą latarnię. Była jedynym źródłem światła w tym miejscu, jednak ona kopnęła ją z zawziętością. Tak jak zawsze. I już po chwili owiła ją ciemność. Stała przez kilka minut wpatrując się w niebo. Było jej tak dobrze. Nie przeszkadzał jej deszcz, wiatr, mgła ani chłód.
W końcu jednak zdecydowała się wejść do domu. Wchodziła po schodach starej kamiennicy myśląc o tym, jak dzisiaj zwyzywa ją matka. Zresztą czy to ważne? I tak była przegrana. I tak dostanie opierdol. Znów padnie propozycja odwyku, którą ona tradycyjnie odrzuci. Jej serce będzie po raz kolejny rozrywane na milion maleńkich kawałeczków. Milion zajebiście drobnych kawałeczków, z których każdy będzie zadawał jej niemiłosierny ból.
Stanęła pod drzwiami prowadzącymi do mieszkania. Pociągnęła za klamkę. Zamknięte. Zaczęła głośno pukać i już po chwili ujrzała matkę. Odwróciła wzrok i weszła do środka. Ściągnęła buty i udała się do pokoju. Wiedziała, że matka za nią idzie.
- Gdzie byłaś?
- Tam gdzie zawsze - odburknęła. Zdjęła płaszcz, rzuciła go na krzesło, a sama usiadła na łóżku.
- Wiem, że znów je masz - wyszeptała - oddaj te prochy.
- Nie! Ty nie wiesz jak to jest! Nigdy tego nie zrozumiesz! A ja i tak już z tym przegrałam! To jest silniejsze ode mnie! Nic mi już nie pomoże, rozumiesz? Nic! Nic!
- Ale...
- Ale co? I tak nic nie da, jak mi to weźmiesz! Wtedy znów po to pójdę i wezmę gdzieś gdzie cię nie ma! - w jej oczach pojawiły się łzy.
- Możemy z tym wygrać...
- Nie! - przerwała - dla mnie już i tak nie ma ratunku! Żaden odwyk tu nie pomoże!Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie coś miał, a jeśli nie to ja kogoś takiego znajdę! Walka nie ma tu sensu... - rzuciła się na łóżko i ukryła twarz w miękkiej poduszce.
- Dasz radę...
- Wyjdź!
- Ale...
- Ale wyjdź! - krzyknęła. Odetchnęła z ulgą słysząc odgłos zamykających się drzwi.
Pi chwili cała poszewka była już mokra od łez. Usiadła. Cała zaczęła się trząść. Nie miała pojęcia co się z nią dzieje. Drżącymi rękami sięgnęła po woreczek otrzymany od dilera. Dilera, który był jej przyjacielem. Nie chciała tego robić. Chciała z tym skończyć. Żyć normalnie. Ale musiała. Dwa dni była na głodzie. Dwa dni, które ciągnęły się dla niej niemiłosiernie. Wysypała biały proszek na biurko, uformowała kreskę i już po chwili czuła się zdecydowanie lepiej. Dreszcze odpuściły. Wczołgała się pod kołdrę, zwinęła w kłębek... Chciała tak pozostać. Jednak wiedziała, że kiedyś to będzie musiało się skończyć.
Po kilkunastu minutach drzwi pokoju gwałtownie otworzyły się i stanął w nich on.
Ojciec.
Alkohol czuć było od niego na kilometr. Bała się go, gdy dużo wypił. Nawet jeśli ona była pod wpływem narkotyków, to zawsze kiedy widziała go w takim stanie powracała do realnego świata. Kiedy zaczął pić? Dawno. Miała wtedy może sześć lat. Były dni kiedy potrafił się opanować, ale one nie zdarzały się zbyt często. Ostatnio prawie nigdy.
Zbliżył się do niej i z całej siły uderzył ją w twarz. Oddaliła się od niego. Chciała uciec jak najdalej. W lustrze zobaczyła czerwony ślad na swoim policzku. Ślad po jego dłoni. Odruchowo dotknęła piekącego miejsca. Czemu to zrobił? Nie miała czasu żeby nad tym myśleć. Ojciec bełkotał coś do siebie i znów do niej podszedł. Nie miała miejsca ucieczki. Stała przy szarej ścianie, ciemnej jak wszystko w tym pomieszczeniu.Nie wiedziała co on chce zrobić. Cofnął się, ale tylko na chwilę. Potem znów gwałtownie się przybliżył miażdżąc swoim butem jej gołą stopę. Bolało. Bardzo bolało. Wiedziała że jest zbyt słaba aby z nim walczyć. Nagle jednak on cofnął się na koniec pokoju, uderzył głową w szafę i zemdlał... Nie chciała by tam leżał. Z obrzydzeniem pociągnęła go za ręce i przeniosła na przedpokój. Brzydził ją. Brzydził ją alkoholik, a ona - uzależniona ćpunka - nie brzydziła się siebie...
Wróciła do pokoju tylko po to aby zabrać piżamę, po czym udała się do łazienki. Ciepła woda delikatnie obmywała jej ciało. Zmywała z niej uczucie słabości. Przynajmniej przez tę jedną chwilę czuła się tak... normalnie? Nie. Ona nigdy nie będzie taka jak wszyscy. Zapach waniliowej piany stawał się dla niej nie do zniesienia. Był słodki i nużący. Robiło jej się od niego słabo. Wysuszyła ciało, założyła piżamę, umyła zęby i wróciła z powrotem do swojego małego królestwa. Miejsca, gdzie gdy była sama czuła się dobrze. Otworzyła okno i patrzyła na krople deszczu wolno (a może szybko?) spadające z nieba. Po jakimś czasie, kilku wypalonych papierosach zamknęła okno. Przypomniała sobie jak to wszystko się zaczęło. To było tylko półtora roku temu... Wyciągnęła z małego pudełeczka karteczkę. Liścik który wraz z pierwszą kreską podała jej Mary. Mary, jebana suka. To właśnie Mary była odpowiedzialna za to gdzie ona teraz była. Obiecywała, że to nigdy nie będzie uzależnieniem... Była jej przyjaciółką, a jednak zostawiła ją. Wyjechała kilka tygodni po podaniu jej pierwszej dawki. Tak, zostawiła ją samą z narkotykami...
"Raz? A co to jest raz? Życie jest krótkie, trzeba je wykorzystać. Możesz być szczęśliwa. Co z tego że przez kilkanaście minut? Uzależnienie? A co to w ogóle jest? Nie przejmuj się, to tylko jedna kreska. Weź. Nie będziesz tego żałować.".
Kłamała
Żałowała tego.
I to bardzo...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Tak, narkotyki to największe gówno. Tak się mówi, że jedna kreska...opowiadanie bardzo wciąga, czekam na więcej.
OdpowiedzUsuńNowy u mnie!
Fajny rozdział! Czekam na więcej, zapraszam do siebie ;)
OdpowiedzUsuńpiękny taki życiowy :*
OdpowiedzUsuń